Dziennikarka, Felietonistka, Pisarka

Natasza Socha: „Powieści świąteczne powinny dawać nadzieję, nie muszą zabarwiać świata na różowo” – VIVA

Pani najnowsza książka „ma swoje korzenie w rzeczywistości”. Jaka to historia?

Zaczęło się od tego, że moja koleżanka zamieściła na Facebooku film o starszym panu z Ameryki, który przytulał niemowlaki. To był emerytowany nauczyciel, który przechodził rehabilitację w jednym ze szpitali w Atlancie. Nazywał się David Deutchman. Pewnego dnia po skończonych zabiegach zatrzymał się na oddziale dziecięcym i stanął przed szybą, która go oddzielała od noworodków. Widok maluchów tak go wzruszył, że zapytał pielęgniarkę, czy w szpitalu nie znalazłby się jakiś wolontariat dla osoby w jego wieku. Wtedy też po raz pierwszy wziął na ręce wcześniaka. Maleństwo było trochę niespokojne, ale kiedy zaczął je głaskać i przytulać, w końcu zasnęło w jego ramionach. Od tamtej pory został zatrudniony w szpitalu jako profesjonalny „przytulacz” i robi to od 12 lat. Pomyślałam sobie wtedy, że to byłaby przepiękna historia na książkę. I tak powstał Pokój kołysanek.

Często inspiruje się Pani prawdziwymi historiami?

Bardzo lubię pisać książki, które nie są od początku do końca wymyślone, tylko w jakiś sposób opierają się na wydarzeniach autentycznych. Często zauważam, że kiedy ktoś mi coś opowiada, to automatycznie układam sobie w głowie ciąg dalszy. Włącza się mój wewnętrzny dyktafon i zaczynam nagrywać tę historię w głowie. Jednocześnie rozpisuję ją, dopełniam, wymyślam bohaterów, dokładam postaci. Za każdym razem historia się rozrasta, ale jej punkt wyjścia ma zakorzenienie w rzeczywistości. Myślę, że było tak z każdą moją książką. Najbardziej jest to widoczne w Aptece marzeń, powieści niemal całkowicie opartej na faktach. To autentyczna historia dziewczynki, która zachorowała na neuroblastomę i przez kilka lat walczyła z rakiem. W Aptece marzeń opisana jest jej historia i cała droga jaką przeszła – różne chemioterapie, proces leczenia, losy jej rodziców, historia powstania Drużyny Szpiku. Ta książka to zapis życia małej, dzielnej dziewczynki i ludzi, którzy chcą pomagać innym.

Akcja „Pokoju kołysanek” dzieje się w czasie okołoświątecznym…

Tak, chciałam stworzyć książkę pasującą do tego okresu, ale ta historia jest aktualna przez cały rok. Nie jest opowieścią stricte świąteczną, ale kiedy zaczęłam ją pisać, pomyślałam, że okres Świąt będzie do niej idealnie pasował. To opowieść trochę baśniowa, bardzo melancholijna. Z jednej strony oparta na faktach, z drugiej pełna różnych zbiegów okoliczności, które mogą wydawać się cudem.

Historia toczy się dwutorowo. Czas akcji to rok 2015, kiedy główny bohater ma 85 lat, a także lata 50., kiedy był młodym chłopakiem i przez przypadek trafił do powojennego domu dziecka, gdzie zaczął pracę jako pomocnik i jednocześnie poznał miłość swojego życia, właśnie w okresie przedświątecznym.

Jak wygląda pisanie książki? Proces wydawniczy zajmuje trochę czasu, więc powieść musiała powstawać, kiedy na dworze panowały jeszcze upały.

Książkę pisałam wiosną i latem, a skończyłam na początku lipca. Rzeczywiście za oknem panowały wtedy upały, a ja musiałam włączyć sobie Last Christmas, żeby choć trochę wczuć się w klimat. Z drugiej strony nieważne jest kiedy coś piszemy i jakiego okresu to dotyczy, bo i tak niejako „wchodzimy wtedy w inny świat”. Autor niemal zawsze żyje w dwóch rzeczywistościach. Żyje w swojej codzienności z dziećmi, psami i wszystkim tym, co musi zrobić w domu, a potem się zamyka i wchodzi w ten drugi świat. Wtedy nie ma znaczenia, czy jest to zima, czy lato. Trzeba wejść w swoją wymyśloną historię, zacząć wyobrażać sobie bohaterów, zacząć żyć ich życiem, płynąć ich rytmem.

Czy „Pokój kołysanek” to dobry pomysł na świąteczny prezent?

Tak. Jak już wiemy, akcja powieści toczy się w okresie przedświątecznym. Ktoś z moich czytelników zauważył, że mogłaby być traktowana jak kalendarz adwentowy, ponieważ całość dzieje się w ciągu dwudziestu czterech dni grudnia. Można ją czytać codziennie od pierwszego dnia grudnia i tak stopniowo dozować sobie do samych Świąt, kiedy wszystko się wyjaśnia i mamy finał.

Myślę, że miło jest poznać historię człowieka, który naprawdę istnieje i wymyślił sobie sposób na fajną starość, który nie chce tylko siedzieć i czekać na to, co nieuniknione, ale woli pomagać innym i do samego końca być potrzebnym. Główny bohater mówi, że jeżeli człowiek nie jest potrzebny, to tak naprawdę zajmuje tylko miejsce na świecie. A jedną z najpiękniejszych rzeczy, które możemy zrobić, to oddawanie siebie innym.

To była myśl przewodnia, którą chciała Pani przekazać w tej książce? Bycie potrzebnym?

Między innymi. Ale równie ważny jest dotyk, bliskość drugiego człowieka. Właśnie po to ktoś wymyślił miłość. Druga osoba jest nam potrzebna bardziej niż myślimy. Owszem, każdy z nas chce od czasu do czasu pobyć sam, zaszyć się gdzieś, uciec, ale to nie znaczy, że samotność jest idealnym rozwiązaniem. Jedna z bohaterek książki mówi, że „na świat przychodzimy sami i sami też umieramy”, ale to, co jest pomiędzy tymi wydarzeniami, to nasze relacje z innymi ludźmi.

Czy w każdej książce stara się Pani zawrzeć jakieś przesłanie?

Lubię przemycać w książkach tematy społeczne. Nie lubię typowych love story, w których ona poznaje księcia na koniu, a potem na końcu wszyscy odjeżdżają ku zachodowi słońca i mamy jeden wielki happy end. Oczywiście, że historie miłosne są nam potrzebne, bo kobiety chętnie je czytają. Ale to nie znaczy, że muszą poruszać wyłącznie taki temat. Tak naprawdę każda historia miłosna może przemycić dużo więcej. Przecież Anna Karenina i Przeminęło z wiatrem to również historie o miłości, ale jak pięknie pokazane poprzez cały aspekt innych wydarzeń. W swoich książkach staram się poruszać różne tematy – późne macierzyństwo, romans starszej kobiety z młodszym mężczyzną, problem menopauzy, chorobę najbliższej osoby. To sprawy, które nas przecież dotykają, z którymi na co dzień się spotykamy, które są częścią naszego życia.

Podobnie było z Pokojem kołysanek. Powieść świąteczna rządzi się swoimi prawami, ale bardzo łatwo jest w niej przekroczyć granicę kiczu. Wszystkim się wydaje, że to powinna być książka, która pachnie pierniczkami, lukrem, kończy się wielkim cudem, jest w niej choinka i szczęśliwa rodzina przy ogromnym stole. Ale święta nie polegają tylko na tym. To również okres rachunku sumienia, wybaczania, zastanawiania się nad tym, co zrobiliśmy źle, co moglibyśmy ulepszyć. Powieści świąteczne powinny dawać nadzieję, ale nie muszą zabarwiać świata na różowo. Nie muszą zmieniać rzeczywistości w bajkę, tylko pokazywać codzienność. Powinny wzruszać, ale nie mdlić. Wbrew pozorom to jedne z trudniejszych książek do napisania. Trzeba oddać w nich ducha Świąt, ale nie zrobić tego w taki sposób, żeby od nadmiaru kiczu zakręciło nam się w głowie.

Jak wygląda u pani proces pisania? Siada pani z gotowym pomysłem czy raczej konstruuje opowieść w trakcie?

U mnie wygląda to dość spontanicznie. Na pewno muszę mieć wymyśloną historię, wiedzieć, o czym chcę pisać i mieć zakończenie. To mi w zasadzie wystarczy. Jeżeli mam w głowie koniec, to już wiem, że książka powstanie. Natomiast to jakimi drogami dojdę do zakończenia, okazuje się dopiero podczas pisania. Wiem, że są pisarze, którzy robią sobie bardzo szczegółowe konspekty, notatki, plany. Ja mam w głowie tylko szkielet, czyli wiem o czym chcę pisać, jaki jest motyw przewodni książki, kto ma być moim głównym bohaterem i o czym chcę opowiedzieć. Codziennie po odwiezieniu dzieci do szkoły, czyli około 8.30 siadam do komputera – bo najważniejsze jest, żeby zacząć pisać. Potem kolejne drzwi powoli same się otwierają. Pojawiają się nowi bohaterowie, nowe wątki, nowe drogi, które trzeba dokładnie sprawdzić. Nie mam praktycznie żadnych notatek poza imionami i wiekiem bohaterów, rokiem, kiedy toczy się akcja i informacją, jaka jest pora roku. Bo można kogoś ubrać w czapkę i rękawiczki, a potem okazuje się, że mamy lipiec. Zapisuję więc tylko główne punkty, żeby nie pomylić się w najprostszych rzeczach. Cała reszta jest w głowie.

W pisaniu ważna jest regularność. Trzeba to robić codziennie, bez dłuższych przerw, bo wtedy wypada się z rytmu. Historią, którą się tworzy, trzeba samemu żyć.

Który moment tworzenia książki jest pani ulubionym, a którego wolałaby pani uniknąć?

Najbardziej lubię moment, kiedy już wiem, że jestem w świecie moich bohaterów. Początek pisania to rozkręcanie się. Myślę wtedy: potrzebuję nowej postaci, potrzebuję konkretną scenę, muszę mieć dodatkowy wątek. Ten moment też jest ciekawy, ale to jeszcze nie jest etap, kiedy za wszelką cenę chcę usiąść do pracy, bo wiem, co dalej napisać. Kiedy w końcu wszystko zaczyna się ze sobą zazębiać, a historia niejako toczy się sama, można już tylko siedzieć i ją spisywać.

Oczywiście zdarzają się też momenty zawieszenia, kiedy akcja staje w miejscu i nie wiadomo, co dalej. Robię sobie wtedy dwu- trzydniowy detoks i w ogóle nie myślę o książce. Muszę gdzieś pojechać, coś zrobić, zająć głowę czymś innym. Potem siadam i wszystko wraca. Nie lubię takich dni, bo lubię pisać systematycznie. Kiedy nie wiem co dalej, czuję niepokój, że wybrałam złą drogę, bo przecież utknęłam. Na szczęście czasami potrzebne jest po prostu zwykłe „wyczyszczenie mózgu”, żeby zacząć od nowa.

A moment ukończenia i wysłania książki?

Lubię pisać zakończenie. Wtedy przyspieszam. Wiem, że wszystko się udało i spięło. Chciałabym wtedy jak najszybciej wysłać książkę, żeby zobaczyć czy to, co sobie wymyśliłam, ktoś odbierze tak samo.

Czy zawsze była Pani systematyczna?

Kiedy ma się dzieci, dom i rodzinę, to nie można w nieskończoność czekać na wenę, a potem z rozwianym włosem gdzieś na wzgórzu spisywać swoje złote myśli. Dla większości autorów to jest zwykła praca, tak jak dla tych wszystkich, którzy wychodzą rano, wracają o 16.00 czy 17.00 i w ciągu tych paru godzin robią to, co muszą. My mamy tak samo. Systematyczność jest w pewnym sensie narzucona. Gdyby człowiek czekał na natchnienie, to podejrzewam, że żadna książka by nie powstała.

Czy jest Pani w kontakcie z czytelnikami? Jak reagują oni na Pani książki?

Lubię nieoczywiste zakończenia, takie, w których czytelnik sam powinien sobie odpowiedzieć, co się wydarzy. Nie lubię książek, które kończą się ślubem, weselem i jednym wielkim wybuchem confetti. Niektórzy autorzy dopisują nawet „rok później”, dopowiadając wszystko ze szczegółami i nie zostawiając praktycznie żadnego pola dla wyobraźni. Moje zakończenia czasami denerwują czytelników tym, że absolutnie nie dają jasnej odpowiedzi. W Biurze przesyłek niedoręczonych dwoje ludzi nie może spotkać się przez kilkadziesiąt lat. Kiedy w końcu im się to udaje, nie opisałam jak wyglądało to spotkanie i co sobie powiedzieli, bo to było dla mnie drugorzędne. Każdy powinien sam sobie wyobrazić ten moment.

Oczywiście czytelnicy piszą do mnie, że „jak mogłam”, że „trzeba to dokończyć”, „nie można tak zostawiać innych w niepewności”. A ja uważam, że można, a nawet trzeba, po to, żeby zmusić nie tylko do czytania, ale też do myślenia.

Jest pani dziennikarką, czy ta praca pomaga w pisaniu powieści?

Pracowałam bardzo długo jako dziennikarz. Nawet, kiedy napisałam pierwszą książkę, dalej pracowałam jako dziennikarka. Pisałam na wszelkie możliwe tematy. To bardzo mi teraz pomaga. Mam dobrą szkołę researchu i zbierania materiałów, którą wyniosłam jeszcze z tygodnika Wprost, w którym pracowałam prawie dziesięć lat. Wtedy nie było internetu, Google’a, Wikipedii. Jeżeli chciało się zdobyć jakąkolwiek informację, trzeba było do kogoś zadzwonić, spotkać się, albo pojechać do archiwum i przeglądać tony gazet, żeby zobaczyć, co ktoś na dany temat napisał. To mnie nauczyło, żeby szukać, drążyć, nie odpuszczać nawet przy drobiazgach.

Dla przykładu – akcja książki Kobiety ciężkich obyczajów toczy się w przedwojennej Warszawie. Potrafiłam kilka dni poświęcić na to, żeby zobaczyć, które ulice w tym okresie były wyłożone kostką brukową, a na których była jeszcze zwykła glina. Sprawdzałam, jak nazywały się poszczególne dzielnice, czy były tam już położone tory tramwajowe, co się wtedy jadło, w co się ubierano, do jakich domów mody chodziło, u kogo szyło buty, rękawiczki, kapelusze. Być może to wszystko jest nieistotne dla fabuły, ale dla mnie byłoby nieprofesjonalne nie sprawdzić tych danych. Z dziennikarskich lat wyniosłam naukę, że rzetelność jest podstawą dobrego pisania. Dopiero wtedy można całą książkę właściwie odebrać, bo widać, że ona jest prawdziwa. Natomiast, kiedy jest usiana błędami, to drażni i męczy mnie jako czytelnika. Kiedy czytam, że Szczecin leży nad morzem, bo ktoś tego nie sprawdził, to po prostu nie mam więcej ochoty na takie „dzieło”.

Mówi się jednak, że nie jest łatwo zostać pisarzem. Jakie rady może Pani dać osobom, które o tym marzą?

Dzisiaj chyba wyjątkowo łatwo jest zostać pisarzem, ponieważ wydawane są tak słabo napisane książki, że to aż przeraża. Na rynku króluje potworna liczba książek niechlujnych, napisanych złym językiem, ubogim, prostym, niestarannym. Podobnego języka używa się coraz częściej w radio i telewizji, a teraz wszedł dodatkowo do literatury, która przecież powinna być dla nas wzorem. Wielu autorów nie wie, co to jest synonim, ulegają więc manii powtarzania tych samych wyrazów, tworzą sztuczne dialogi, które nic nie wnoszą, nie mają pomysłu na fabułę, nie kończą wątków. Takich książek jest zatrzęsienie.

To niestety bardzo szkodzi literaturze kobiecej. Do jednego worka wrzucane są wszystkie książki, często niesprawiedliwie, bo jest dużo pisarek, które tworzą świetne powieści obyczajowe. Książek dobrych i mądrych jest naprawdę sporo, ale leżą na tej samej półce, co gnioty. Później trudno z tego wyjść. Dużo złego robi też self-publishing. Każdy może dzisiaj wydać książkę. Nieważne na jakim jest poziomie i nieważne, że jest po prostu słaba.

Jeśli jednak ktoś chce zostać na rynku dłużej i dać się zapamiętać jako dobry autor, to powinien przede wszystkim stawiać na warsztat. Nie można napisać książki i samemu się nią zachwycać. Dajmy szansę redaktorom, żeby powiedzieli, co jest złe, co trzeba poprawić. Nad powieścią trzeba pracować, nie można pisać jej na kolanie, dorzucić okładkę z piękną kobietą z rozwianym włosem i powiedzieć, że to emocjonalna historia o miłości. Trzeba wymyślić coś swojego, nie patrzeć na to, co piszą inni, nie kopiować pomysłów, okładek, tytułów. Mieć własną historię do opowiedzenia. Na niej się skupić i cały czas szlifować warsztat.

Co sądzi Pani o stereotypach związanych z literaturą kobiecą?

Nie pojawia się na jej temat sensowna krytyka, ponieważ po literaturę kobiecą nie sięgają poważni recenzenci, którzy mogliby powiedzieć coś, co by się nam przydało. U nas istnieje wysoka półka z literaturą naprawdę doskonałą, ale i trudną. Nie dla każdego. Wiele kobiet po całym dniu pracy nie weźmie takiej książki do łóżka. One chcą się zrelaksować, trochę odpocząć, co nie znaczy, że czytają tylko głupie powieści. Literatura kobieca też może zmuszać do myślenia. Niestety umieszcza się ją na najniższej półce, razem z tanimi romansidłami i napisanym na kolanie chłamem. Środkowej półki nie ma. Chciałabym, żeby z książkami było tak jak z muzyką, żeby istniała „popowa” literatura, a nie tylko literackie disco polo i wyrafinowany jazz. Jest jeszcze coś pomiędzy!

Czy uważa pani, że Polacy czytają?

Statystyki pokazują, że nie czytamy. Ja mieszkam w Niemczech i niemiecka kobieta czyta średnio 52 książki w roku, czyli jedną na tydzień. Rzeczywiście, kiedy idzie się przez miasto, jedzie autobusem czy metrem, to ludzie nie mają w rękach komórek, tylko książki. Jednak w Polsce na krakowskie czy warszawskie targi przychodzą tłumy. Ludzie stoją w kolejkach, żeby dostać się do swoich ulubionych pisarzy i kupić ich powieści. Nie powiedziałabym zatem, że nie czytamy. Z mojej perspektywy ludzie kupują sporo książek i chyba coraz bardziej lubią po całym dniu przenieść się w inny świat.

Onet: Harmonia hormonów

Damian Gajda: Menopauza to temat tabu. Nie rozmawia się o niej z innymi, a nawet z samą sobą. A Pani napisała o tym książkę…

Natasza Socha: Słowo „menopauza” jeszcze jakoś brzmi, ale „przekwitanie”? Zupełnie jakby ktoś odbierał nam kobiecość, zabierał prawo do bycia młodą. Tymczasem to nie metryka wrzuca nas do worka z napisem klimakterium, ale to, jak same radzimy sobie z upływającym czasem. Moja bohaterka tak naprawdę na menopauzę jest jeszcze za młoda, ale ponieważ jej życie stoi w miejscu, a ona sama spełnia tylko oczekiwania innych, strach przed starością dopada ją znacznie szybciej, niż by tego chciała. Patrzy w lustro i myśli: „jak to, to już? Ale przecież ja nie chcę!”.

No właśnie, kiedy zaczynają nas dopadać pierwsze myśli o przemijaniu?

Czasem z pierwszą zmarszczką lub z pierwszym sylwestrem, którego wolimy spędzić w domu, niż wyjść na zabawę z przyjaciółmi. A czasem ktoś nam po prostu przypomni, że zbliżamy się do połowy życia. W książce jest taki fragment, w którym Kalina stoi między pakowanymi kiełbasami a pyzami drożdżowymi, a chłód bijący od sklepowych chłodziarek sprawia, że jej oddech wraca do normy. Pot nie płynie już strużką między łopatkami, znika nieprzyjemne uczucie przyklejonej do ud spódnicy. Bo znowu miała te cholerne uderzenia gorąca, które — jej zdaniem — nie były wynikiem upałów, tylko powolnego umierania kobiecości.

Jak wygląda ten moment?

Psychologowie mówią, że menopauza jest bardzo podobna do dojrzewania. Coś w tym jest. W obu przypadkach kobiety przestają siebie akceptować. Nie podobają się sobie, a emocje, które w nich buzują, są trudne do okiełznania. Najgorsza jest niemożność zapanowania nad własnym ciałem, które tak nagle zaczyna się zmieniać. W młodości piersi zaczynają rosnąć, a przekwitając opadają. Skóra staje się brzydka — wtedy pryszczata, teraz pomarszczona. Przetłuszczają nam się włosy, łamią paznokcie. I te cholerne estrogeny. Albo jest ich za dużo, albo za mało. Dorastając, odczuwamy strach, że wkraczamy w dorosłe życie i nie wiemy, czy i jak sobie poradzimy. Przekwitając, dopada nas lęk, że wypadamy z tego życia poza nawias. Że ktoś zatrzaskuje nam kolejne drzwi przed nosem.

Paradoks polega na tym, że czujemy, że życie nam się zawęża, a jednocześnie, że właściwie nigdy nie zaczęłyśmy żyć…

Większość kobiet nieustannie coś robi. Uczy się, pracuje, rodzi, wychowuje dzieci, gotuje, sprząta, a nawet kosi trawniki. Czas przeznaczony tylko dla siebie okraja do minimum, a często jest tak, że ma wyrzuty sumienia, kiedy pojawia się wolny weekend. I nagle w wieku pięćdziesięciu kilku lat, łapie się za głowę i mówi: Ale ja chciałabym skoczyć na bungee! A jest już za późno! No właśnie o to chodzi, że nie jest.

Co w menopauzie jest dobrego?

Chyba świadomość, że przyszedł czas tylko dla nas. Że nie musimy już niczego nikomu udowadniać, a naszym celem powinno być to, abyśmy same ze sobą czuły się dobrze. Nie jest łatwo siebie polubić, ale być może to jest właśnie ten moment w życiu, kiedy powinnyśmy to zrobić. I jeszcze jedno. W „Hormonii” pada takie zdanie: „W menopauzie dobre jest to, że w ciągu dziesięciu sekund można doświadczyć co najmniej siedmiu stanów emocjonalnych”. Czy to nie cudowne?

Czy możemy opanować lęk przed dojrzałością, a potem starością?

Bohaterka „Hormonii” nie boi się starości. Bo starość jest dla niej jednoznaczna. Kombinezon ze zmarszczek, wygodne buty, paltocik zakrywający wspomnienia dawnej młodości i garść tabletek, którą należy łyknąć każdego poranka, by przez resztę dnia jakoś funkcjonować. Znacznie bardziej boi się okresu przejściowego, tego konkretnego momentu, w którym będzie musiała pożegnać się ze swoją kobiecością, dojrzałością oraz wiekiem średnim i wskoczyć do worka z napisem „kobiety przejrzałe”. To jest strach przed społecznym odrzuceniem. Przed wykreśleniem jej z listy tych aktywności, które zarezerwowane są dla młodych. Dobijasz do pięćdziesiątki, a więc koniec ze spontanicznością, długimi, rozpuszczonymi włosami, beztroskim śmiechem i objadaniem się ulubionymi ciastami, bo nie wypada, bo trzeba uważać na wagę i cholesterol. Chce ci się płakać, ale nie wiesz czemu. Chcesz się położyć i zasnąć, ale dobrze wiesz, że menopauzy nie da się przespać.

W dojrzałym wieku przede wszystkim musimy dogadać się sami ze sobą. Jak?

Psychologowie mówią o zmuszaniu mózgu do pracy pod kątem przeszukiwania pozytywnych doświadczeń, wspomnień i myśli na swój temat. Przecież nie wszystko było w naszym życiu smutne, bylejakie i nudne. Na pewno w naszych szufladkach schowane są te wspomnienia, na myśl o których uśmiecha nam się gęba. Pielęgnujmy je, wspominajmy jak najczęściej, a nawet powtórzmy, jeśli mamy taką okazję. Jest też coś takiego, co nazywamy aktem spontanicznej uprzejmości. Zróbmy coś miłego dla innych, a nawet nie wiemy, kiedy wróci to do nas jak bumerang. Jedna z bohaterek „Hormonii” mówi: „Najważniejsze jest to, aby nie chować głowy w piasek czy botoks, tylko w odpowiednim momencie podać starości rękę”. Polubić ją, bo przecież innego wyjścia nie ma. Poszukać wewnętrznej „hormonii”, czyli harmonijnych hormonów. Pogodzić się z tym, że czas płynie, że zmarszczki mają prawo wygnieść nam twarz, że czasem mamy ochotę wykąpać się nago w jeziorze, a innym razem skoczyć z mostu na beton.

A jak zmieniają się nasze relacje z innymi?

Następuje moment niezrozumienia, ponieważ teoretycznie nic się nie zmieniło, ale my jesteśmy jakieś inne. Drażliwe, płaczliwe, agresywne, obrażalskie. Wyjścia są dwa — albo stajemy przed rodziną i mówimy: hej, mam menopauzę, może być zabawnie, albo wstydzimy się przyznać, że nasze hormony oszalały i pozwalamy myśleć bliskim, że postradałyśmy zmysły. Jest taki moment w książce, kiedy główna bohaterka boi się powiedzieć to straszne słowo na „m”. A potem nagle ogłasza współpasażerom: „A ja słyszałam, że menopauza to niedowład łechtaczki”. I wszyscy milkną.

Przyznaje się Pani do swojego wieku?

Mam 42 lata. Czuję się na 25. Czasem myślę, że ktoś ukradł mi podstępnie dekadę i nie chce oddać. Ale ja go jeszcze dorwę!

Natasza Socha o tzw. literaturze kobiecej

Natasza Socha – dziennikarka, felietonistka oraz pisarka. Jest autorką powieści takich, jak „Macocha”, „Keczup”, czy „Cicha 5”, „Maminsynek” oraz „Zbuki”. W rozmowie z nami opowiada o tzw. literaturze kobiecej.

#PROLOG 22 | Rozmowa z… | Natasza Socha

Spotkanie autorskie z Nataszą Sochą: Gmina Rząśnia

17 maja 2017 mieliśmy przyjemność bliżej poznać jedną z najciekawszych osobowości na polskim rynku literackim – Nataszę Sochę,która była gościem w naszej bibliotece. Pani Natasza urodziła się w Poznaniu. Dziś czas dzieli między stolicą Wielkopolski, a niewielką niemiecką wsią, gdzie oddaje się twórczości literackiej. Jest miłośniczką zwierząt – ma psa. Jest mężatką i ma dwójkę dzieci. Autorką powieści takich, jak „Macocha”, „Keczup”, czy „Cicha 5″, „Maminsynek” oraz „Zbuki”.

Pisarka do polski na spotkania autorskie przyjeżdża rzadko.Wyjątkowo przyjęła zaproszenie i odwiedziła GBP w Rząśni , przy okazji organizowanej 8. edycji Warszawskich Targów Książki.Spotkanie miało charakter wywiadu. Czytelniczki interesowało min: Jak wygląda przykładowy dzień z życia ? Czy sytuacje opisywane w książkach mają swój rzeczywisty odpowiednik? Jak jest z pisaniem? Wpada Pani „w ciąg” i pisze aż nie skończy, czy pracuje Pani według jakiegoś planu? No i czy ważne jest dla Pani miejsce, w którym Pani pracuje? Czy Pani traktuje pisanie jako swego rodzaju rodzaj spełnienia dziecięcych marzeń o karierze w dziedzinie chirurgii ?

TU DZIEJE SIĘ MAGIA, CZYLI MOJE MIEJSCE DO PISANIA – NATASZA SOCHA – „TROJE NA HUŚTAWCE” – nieprzeszkadzajterazczytam.blogspot.com

Twoje ulubione miejsce do pisania to…?

W zasadzie najczęściej piszę przy własnym biurku, w maleńkim pokoiku, który początkowo miał być garderobą. Ale przyjrzałam mu się z bliska i doszłam do wniosku, że jednak bardziej pasuje na kącik do pisania. Mam z niego cudowny widok na pola, na którym latem pasą się owce. Ten pokoik to moje ulubione miejsce, bo mogę zamknąć drzwi i wtedy wszyscy wiedzą, że mama jest w trybie „tworzenia” ☺ i wolno jej przeszkodzić tylko w najważniejszych sprawach świata. Dla Filipa było to ostatnio pytanie – mamo, czy jak dorosnę mam sobie kupić mini coopera czy raczej jeepa?

Podczas pisania „podręczny must have” to… ?

Najczęściej jestem obłożona książkami i materiałami, które są mi potrzebne do pracy. Ale mam też pochowane słodycze, o których nikt nie wie. Zazwyczaj są to pralinki albo pierniki.

Na czym najczęściej notujesz swoje pomysły dotyczące książek ?

Zawsze noszę ze sobą notesy, właśnie na wypadek, gdyby coś niespodziewanie wpadło mi do głowy. Ostatnio Lilka Fabisińska przysłałam mi dwanaście świeżych, nowiutkich notesów i zastanawiałam się nawet czy w związku z tym nie powinnam napisać dwunastu nowych książek w 2018. ☺ Obie z Lilką uwielbiamy zresztą ładne zeszyty i z każdej podróży przywozimy ich tony. Mój ulubiony jest z muzeum d’Orsay w Paryżu – w nenufary Moneta. Chyba nigdy go nie użyję. ☺
A najbardziej nietypowa rzecz, na której coś zanotowałam? Banknot dwudziestozłotowy, recepta i wstyd przyznać – świadectwo dziecka. Było pod ręką. ☺

Moje natchnienie czerpię z … ?

Z życia po prostu. Każde słowo, każda historia, każde spotkanie z kimś może być zalążkiem do nowej powieści. Ostatnio przyłapałam się na tym, że wszystko oceniam pod kątem przydatności do książki. Ktoś opowiada mi o swoim psie, który zjadł ptasie mleczko z zapakowanego kartonika, a ja zastanawiam się czy mogę tego psa wykorzystać literacko. Jakiś czas temu koleżanka przysłała mi pewien wzruszający film, a ja go obejrzałam i w ciągu pół godziny rozpisałam szkic powieści świątecznej.

Najczęściej piszę … ?

Zawsze rano, bo wtedy dzieci są w szkole. Piszę od ósmej do czternastej, niemal bez przerwy. Potem odbieram swoje potwory, robię obiad, idę na spacer z psami i wykonuję inne codzienne rytuały typu pranie, zakupy i rozwożenie dzieci po zajęciach dodatkowych. Czasem zdarza mi się jeszcze popisać po południu, chociaż najczęściej układam wtedy w głowie ciąg dalszy tego co powstanie jutro od ósmej do czternastej. ☺

Opowiedz proszę w kilku słowach o swojej nowej książce.

Historię wymyśliłam już jakiś czas temu, ale ciągle jakaś inna opowieść stawała mi na drodze. Teraz przyszedł w końcu czas na syna przyjaciółki – taka był roboczy tytuł książki. Koniec końców mamy „Troje na huśtawce” – czyli nietypowy trójkąt z dwiema kobietami i synem jednej z nich. Główna bohaterka Koralia ma czterdzieści dwa lata i czterdzieści dwa powody, by zmienić swoje życie. Oraz jeden dodatkowy, który wywraca jej świat do góry nogami – wspomnianego syna najlepszej przyjaciółki. Tytus jest osiemnaście lat młodszy. Kiedy ona zdawała maturę, on właśnie się rodził. Książka jest historią tego związku i próbą odpowiedzi na pytanie co w życiu jest ważniejsze? Przyjaźń czy miłość? I czy naprawdę trzeba wybierać? Ta powieść to taki współczesny romans obyczajowy, spisany w formie pamiętnika, ale opowiedziany z dystansem, bez zbędnego lukru i ckliwych momentów.

Natasza Socha i kobiety ciężkich obyczajów: wp.pl kobieta

Magda Pomorska: Profesja prostytutek od wieków kojarzy się z kontrowersjami. Bohaterka książki, Luiza, ma te kontrowersje wzbudzać? Skąd pomysł na takie losy?

Natasza Socha, autorka książki „Kobiety ciężkich obyczajów”: Kiedy wymyślałam książkę, nie wiedziałam jeszcze, w jakim kierunku potoczą się losy poszczególnych kobiet. Bardzo często kolejne drzwi otwierają się w trakcie pisania. Zbierając materiały do „Hormonii” pojechałam do Amsterdamu, tam, dokąd udaje się moja bohaterka. I podczas zwiedzania jednego z muzeów natrafiłam na wystawę „Erotyki na przestrzeni dziejów”. W jednej z gablot leżały wizytówki i karneciki prostytutek z różnych epok. Na jednej było napisane po francusku: Luiza, higienicznie i dyskretnie. I od razu wiedziałam, że właśnie taka kobieta musi zostać jedną z bohaterek mojej serii. W ten sposób „narodziła” się książkowa Luiza vel Kwiryna. A później okazało się, że to właśnie ona miała największy wpływ na losy innych kobiet.

Pokazujesz przemianę grzecznej Kwiryny w „dyskretną i higieniczną” Luizę. Czy każda prostytutka przechodzi te etapy z grzecznej w wyuzdaną?

Nie wiem, czy każda, ale kiedyś rozmawiałam z kobietą, która profesjonalnie zajmowała się „uwodzeniem” bogatych mężczyzn i ona zdradziła mi, że tak naprawdę musi odgrywać różne role. W zależności od tego, czego oczekuje od niej klient, musi być albo wyuzdana, albo skromna. Albo pewna siebie, albo potulna. To jaka ma być, zależy od tego, czego mężczyzna nie ma w domu, a podświadomie o tym marzy.

Kunegunda nie mogła wybaczyć córce jej zajęcia. Ale czy powinna zareagować inaczej? W końcu zamiast oddawać ciało, Kwiryna mogła zarabiać inaczej na życie i swoje przyjemności.

Podejrzewam, że każda matka zareagowałby podobnie. Kwiryna miała zostać pielęgniarką, została luksusową damą do towarzystwa. Dla jej matki to był cios i trudno jej się dziwić. Z drugiej strony najgorsze było to, że nawet nie próbowała zrozumieć swojej córki, w jakikolwiek sposób odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego? A przecież tak naprawdę było w tym sporo jej winy.

Kira, prawnuczka Kwiryny/Luizy, odziedziczyła po niej nie tylko różne kolory tęczówek oczu, ale i zawiłe relacje z mężczyznami. Czy można powiedzieć, że w życiu przejmujemy od naszych babek i matek pewne skłonności?

Podobno geny wpływają aż w sześćdziesięciu procentach na naszą osobowość. Udowodniono, że cechy charakteru i temperament są dziedzicznie i to najczęściej w co drugim lub co trzecim pokoleniu. Na pewno dziedziczymy zdolności i talenty, a także skłonność do dysleksji i jąkanie. Ale jak się okazuje, również obawy i lęki. Czytałam kiedyś o pewnym eksperymencie przeprowadzonym na myszach. Jakiś naukowiec rozpylał im zapach kwiatu wiśni, a potem traktował delikatnymi elektrowstrząsami. Po jakimś czasie wystarczyło rozpylić sam zapach kwiatu wiśni, by myszy czuły się nerwowe. I co się okazało? Identycznym rodzajem lęku na sam wiśniowy aromat reagowały kolejne pokolenia! Oczywiście ludzie to nie myszy, ale faktem jest, że po przodkach dziedziczymy o wiele więcej, niż zdajemy sobie z tego sprawę.

Kira wchodząc w relacje z najczęściej starszymi, żonatymi mężczyznami, którzy obsypywali ją prezentami i płacą za noce w hotelu, nawiązuje do współczesnego zjawiska sponsoringu. Czy przyćmiona chęcią zemsty, mogła nie zauważyć, że jest dziewczyną do towarzystwa?

Kirze wydaje się, że okręca sobie mężczyzn wokół palca i robi z nimi, co chce. Cóż, w zasadzie jest to prawdą, a ona sama nieźle się przy tym bawi. Do czasu jednak, kiedy jeden z nich nie nazywa sprawy po imieniu i nie oznajmia jej, że tak naprawdę jest tylko luksusową dziwką, która sypia z innymi w zamian za różne przyjemności. Kiedy dodatkowo dowiaduje się, czym zajmowała się jej prababcia, zaczyna coraz gorzej czuć się z tym, co robi. Po raz pierwszy dopadają ją wyrzuty sumienia i pytanie kto kim tak naprawdę tu rządzi?

W serii „Matki, czyli córki” obraz mężczyzn pod względem wierności nie rysuje się zbyt dobrze. Józef zdradził Konstancję, Adam porzucił Kalinę, Kira odhaczała kolejnych żonatych w łóżku, a nawet Kosma o mało nie uległ byłej żonie, będąc w związku z Kaliną. Tak to jest też w życiu, że płeć brzydsza ma problem z wiernością?

Podobno człowiek z natury nie jest monogamistą. I to dotyczy obu płci. To, że żyje zazwyczaj w jednym związku, wynika z pewnych norm społecznych, do których jesteśmy od urodzenia przyzwyczajani. Poza tym tak jest wygodniej z punktu widzenia prawa. Ale czy naprawdę nikt z nas chociaż raz w życiu nie pomyślał, co by było gdyby? W książce padają takie zdania: „Dlaczego mężczyźni tak chętnie zdradzali swoje żony? Dla seksu? Tego lepszego, ciekawszego, tego, którego nie wypada robić z własną partnerką, bo przecież ona jest ‚lepsza’? Bo nie mieli do końca życia ochoty jeść lodów czekoladowych i kusiło ich, by chociaż raz spróbować nowego smaku? Bo zdrada podnosiła ich ego i pokazała im, że znowu wrócili do gry? Bo żona i jej trucie przyprawiała ich o ból głowy, a najlepszą aspiryną okazała się inna kobieta?” Niech każdy sam sobie odpowie – dlaczego?

W końcu jednak 20-parolatka dostała nauczkę. Czy to nadzieja na to, że są faceci, którzy będą wierni jednej kobiecie i ani myślą o skoku w bok?

Myślę, że nad zdradą można umieć zapanować. Postawić na szali wszystkie za i przeciw, i przekonać się, co nam zostanie, jeśli zdecydujemy się na oszustwo. Kordian, mężczyzna, którego Kira pragnie za wszelką cenę zdobyć, mówi: „Jeśli kogoś kochasz naprawdę, to bardziej myślisz o nim, niż o sobie. I ja, zaplątany myślami o tobie, nagle wyobraziłem sobie, jak poczuje się Anna. Jak bardzo ją zranię, tylko dlatego, że na chwilę o niej zapomnę. I czy ta chwila naprawdę jest tego warta?”.

Motyw wybaczania mocno rysuje się w trzecim tomie serii. W każdej rodzinie są waśnie i spory, które nieraz ciągną się latami. Czy jest przepis na to, jak wybaczyć skutecznie i prosto?

Colin Tipping, brytyjski terapeuta, napisał książkę „Radykalne Wybaczanie”, która niespodziewanie stała się mega bestsellerem. Podobno ludzie zafascynowani książką wracają do księgarni, by zakupić kilka kolejnych egzemplarzy i sprezentować je rodzinie i znajomym. Powód? Autor udowadnia, że złość, która siedzi w człowieku nieustająco go blokuje, hamując tym samym wewnętrzną harmonię. Ból, złość, urazy powodują, że nasze życie jest smutne, a my sami wiecznie sfrustrowani. Nie jest łatwo wybaczyć drugiej osobie, która nas zraniła, nie jest też łatwo pierwszemu wyciągnąć rękę. Niektórzy potrzebują lat, żeby zapomnieć lub żeby żal drastycznie się zmniejszył. Ale chyba każdy moment jest dobry, by zakopać topór wojenny. Dla własnego, psychicznego dobra.

Podsumujmy te babskie trudne relacje. O czy muszą pamiętać same kobiety, a o czym mężczyźni w ich otoczeniu?

Kobiety powinny pamiętać o tym, że ich świat nie zamyka się w momencie wyjścia za mąż. Że nadal można rozwijać swoje pasje, mieć hobby i małe tajemnice. Być sobą, nawet jeśli większą część nas samych oddajemy rodzinie. Trzeba kochać siebie i nie pytać za każdym razem faceta, czy na pewno powinnyśmy kupić tę sukienkę. Ważne są nawet małe wybory i maleńkie decyzje. Każda z nas jest indywidualnością i niezależnym bytem. Nie wolno dać się stłamsić codzienności. A o czym powinni wiedzieć panowie? Że „Kobieta jest arcydziełem wszechświata”. To nie ja. To Gotthold Ephraim Lessing, niemiecki pisarz epoki Oświecenia, z którym absolutnie i całkowicie się zgadzam.

Natasza Socha: Każda istota potrzebuje dotyku: styl.pl

Agnieszka Łopatowska, Styl.pl: Pierwowzorami Joachima z „Pokoju kołysanek” jest dwóch starszych panów: twój dziadek Mieczysław i David Deutchman z Atlanty. Jak ich połączyłaś?

Natasza Socha: – Przypadkowo w internecie natrafiłam na historię człowieka, który przechodząc w szpitalu obok oddziału noworodków zwrócił uwagę na dzieci, które tam leżały. Zupełnie spontanicznie poszedł zapytać czy mógłby pomagać jako wolontariusz. Personel szpitala zaproponował mu etat „przytulacza noworodków”. Nie miał pomagać przy ich pielęgnacji, nie miał ich przewijać czy też kąpać, ale po prostu brać je na ręce. Ponieważ maluchy całymi dniami często przebywały same, dotyk drugiej osoby miał dla nich ogromne znacznie. I to jest autentyczna historia, która zaowocowała pomysłem, żeby napisać o niej książkę.

– Drugim bodźcem okazały się pamiętniki mojego dziadka z podróży, który bardzo dużo jeździł po świecie i robił to w czasach, kiedy wcale nie było to takie łatwe i proste. Dzięki niemu mam przepiękne opisy magicznych miejsc – zwłaszcza środkowej Azji oraz ciekawostki, których prawdopodobnie nigdy nie znalazłabym w internecie, ani w żadnych książkach. Ceny pomarańczy w latach 60. w Bułgarii, ceny kwasu chlebowego, zapałek, chusteczek do nosa, albo opis hotelu w Moskwie, w którym w każdym pokoju stał srebrny samowar.

– Mój dziadek pisał tak ładnie i poprawnie, że niewiele musiałam w tych notatkach zmieniać. Wspomniał nawet autentyczną historię, niemal kryminalną, kiedy dwie osoby z wycieczki rozpłynęły się pewnej nocy w weneckiej mgle. Okazało się później, że po prostu skorzystali z okazji i uciekli w „lepszy świat”. Nikt ich więcej nie zobaczył. Pomyślałam, że ciekawie będzie połączyć te dwie postaci – wziąć Davida, dołożyć mojego dziadka i stworzyć zupełnie nową historię.

Joachim pojawia się w szpitalu. Myśli, że nikogo tam nie zna, a jednak są tam tacy, z którymi już mu się wcześniej splotły losy.

– Na początku nie wiemy kogo on zna, albo kto zna jego. Zaczyna się od tego, że spotyka na ulicy kobietę, która mówi mu, że jej dziecko jest wcześniakiem i nie wiadomo czy przeżyje. Joachim nagle czuje jakiś impuls związany nie tylko z tą informacją, ale i nagłym powrotem wspomnień o czymś, co wydarzyło się w jego przeszłości. Wraca pamięcią do czasów, kiedy kogoś skrzywdził, chociaż wtedy odbierał to zupełnie inaczej – wydawało mu się, że najważniejszą rzeczą jest ciągłe szukanie szczęścia. Gdziekolwiek ono jest. Wierzył też, że przede wszystkim trzeba być szczęśliwym samemu ze sobą, bo tylko wtedy można uszczęśliwić innych. Jego ukochana z kolei uważała, że jest na odwrót.

Badania medyczne mówią, że aby dobrze przeżyć dzień musimy się przytulać nawet kilkanaście razy

– Ta książka jest między innymi o tym, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to, co jest lepsze: własne wybory czy poświęcanie się dla innych. Jedna z bohaterek mówi, że nikt nie ma prawa oceniać cudzych wyborów, że nie możemy też uznawać własnych decyzji za lepsze od innych. Joachim pracą w szpitalu próbuje odkupić swoją winę. Przypadkowo trafia też na oddział, w którym pracuje osoba, która go zna z przeszłości.

„Czułość jest magią, oswaja największe lęki i ucisza demony” – mówią pracownicy tego szpitala. Myślisz, że w naszych czasach dajemy sobie odpowiednio dużo czułości?

– Mam wrażenie, że ciągle wstydzimy się okazywania uczuć. Że bezinteresowne przytulanie się do kogoś, kogo nie znamy zbyt dobrze, jest dla nas dziwne. Od kilku lat mieszkam w Niemczech. Pamiętam, że kiedy przyjechałam tu kilkanaście lat temu, dziwiłam się, że wszyscy – bez znaczenia jak dobrze się znali – obejmowali się i całowali na powitanie. U nas przytulasz tylko kogoś bliskiego, bo inaczej jest to czymś wstydliwym i krępującym.

– Przygotowując się do pisania książki obejrzałam fascynujący film przyrodniczy o przytulaniu się zwierząt. I to nie piesków czy kotków, które wszyscy głaszczemy, a one zazwyczaj to lubią. Okazuje się, że nawet takie zwierzęta jak krokodyle, gęsi, żyrafy, jaszczurki czy nosorożce, tulą się chętnie między sobą. Autorom filmu udało się nakręcić sceny, w których jedno zwierzę zasypia w czułych objęciach drugiego. Udowodnili tym samym, że każda istota na świecie potrzebuje dotyku, bliskości, choćby na moment. Badania medyczne mówią, że aby dobrze przeżyć dzień musimy się przytulać nawet kilkanaście razy. Wtedy funkcjonujemy znacznie lepiej, produkujemy więcej endorfin, jesteśmy naładowani pozytywną energią i chce nam się uśmiechać.

Maria, położna mówi: „Rodzimy się sami, umieramy sami, a pomiędzy tym jest czas, który warto spędzić z drugim człowiekiem”. Z jakim człowiekiem i jaką wartość powinien mieć dla nas ten czas?

– W życiu każdego człowieka najważniejsze są relacje, które musimy zbudować z innymi ludźmi. To właśnie od tego zależy czy jesteśmy szczęśliwi. To nawet nie musi być ktoś kogo się kocha nad życie, ale ktoś, na kim możemy polegać. Przyjaciel. Bliska osoba. Bo tak naprawdę nie jesteśmy samotną wyspą i nie wszystko możemy zrobić sami. Nawet jeśli lubimy samotność, zawsze dobrze mieć świadomość, że gdzieś tam czeka ktoś, kto w razie czego nam pomoże lub po prostu nas przytuli.

Masz sposób na pielęgnowanie relacji?

– Jestem raczej osobą, która nie zaprzyjaźnia się chętnie i często. Nie mam wielu przyjaciół. Moje najbliższe znajomości pochodzą jeszcze z czasów liceum, a nowych jest zdecydowanie mniej. Wiem, że na tych osobach, z którymi się przyjaźnię od lat mogę zawsze polegać, a kiedy się spotykamy odnoszę wrażenie, jakby czas się zatrzymał. Ważniejsza jest dla mnie jakość tych kontaktów niż ilość. Można mieć milion znajomych na Facebooku, a w rzeczywistości nie mieć nikogo. Daje nam to złudne poczucie tego, że jesteśmy otoczeni ludźmi, którzy jednak nic o nas nie wiedzą i których niewiele obchodzimy.

Mam wrażenie, że ma na to wpływ to, że zanika sztuka rozmowy.

– To widać już nawet w książkach. Coraz częściej pojawia się w nich styl facebookowy – szybkie dialogi, gagi, które są opisywane krótkimi zdaniami, albo ich równoważnikami. Wykorzystujemy narrację obrazkową, bo ona najszybciej przemawia do ludzi. Nie ma już ładnego pisania. Tak samo zanika sztuka konwersacji. Są błyskawiczne dialogi, a nie ma rozmów. Nie poświęcamy czasu, żeby usiąść, pogadać, żeby opowiedzieć jakąś historię, ale nie w telegraficznym przekazie, tylko spokojniej, dłużej, pozwolić na to, aby rozmowa mogła się sączyć.

– Kiedy byłam dzieckiem i chodziłam do szkoły, wydawało mi się, że poniedziałek od piątku dzieli wieczność. Dzisiaj moje dzieci uważają, że po Wielkanocy za chwilę będzie Boże Narodzenie. Żyjemy w szybkim świecie, czas nam znacznie szybciej ucieka, dzisiaj jest już dniem wczorajszym, a my nawet tego nie zauważamy.

Pisząc książki budujesz sobie inny świat, taki obok. Jest on dla ciebie fajniejszy od tego realnego?

– Na co dzień żyję w dwóch światach – normalnym, codziennym, z moją rodziną, i w tym drugim – książkowym. Obie te rzeczywistości często się przenikają, zdarza mi nawet odezwać do kogoś z domowników imieniem bohatera książki, albo mówię coś, co powinno być wypowiedziane w powieści. To dzieje się trochę poza moją świadomością i wynika właśnie z nakładania się tych dwóch światów.

– Codziennie przychodzą mi do głowy nowe pomysły, które trzeba zapisać. Zaczynam tworzyć swojego bohatera, schodząc do różnych poziomów jego funkcjonowania. Kiedy nadaję komuś imię, sprawdzam co oznacza i czy pasuje do wymyślonej przeze mnie postaci. Kiedy wiem, jakie ma cechy charakteru, zastanawiam się czym się powinien zajmować, żeby jego wizerunek był spójny i wszystko do siebie pasowało. To jest wielką siłą każdego pisarza, że może zrobić ze swoim bohaterem co chce. Lubię te momenty, kiedy się zastanawiam czy może lepiej go uśmiercić, rozwieść, czy też wplątać w jakiś romans – bo tu mogę o tym zadecydować, a w realnym życiu nie zawsze.

Close Menu